Grupa pochylała się nad czymś, co leżało na stalowym stole z kółkami. Obok jakaś medyczna maszyna pulsowała lampkami. Wyglądało to tak, jakby zebrani naradzali się lub dokonywali chirurgicznego zabiegu. Ten drugi domysł zmarszczył Agnieszce skórę na karku, który dotąd owiewany był alkoholowym chuchem Parapeta. Wspólnik prawie wlazł jej na plecy, tak był ciekawy tego, co się działo w środku.

Nagle cała czwórka wyprostowała się i ruszyła gęsiego w stronę drzwi – pierwszy szedł grubas, za nim pan dostojny, potem pielęgniarka, a na końcu Azjata w dresach. Ten ostatni dźwigał srebrną walizkę z okuciami, na której znajdował się czerwony napis: „Human organ for transplant”. Wychodząc, wyłączył światło w pomieszczeniu.

Zanim okno pokryło się czernią, Agnieszka zdążyła zobaczyć leżące na stole nagie ciało mężczyzny. Miał azjatyckie rysy i wielką krwawą jamę w klatce piersiowej. To był ten sam człowiek, którego na Okęciu prowadzili pod ręce Chirurg i jego asystent. To był dawca.

– Za późno! Kurwa, za późno! – Wstała z kolan i oparta o ścianę próbowała uporać się z burzą w mózgu.

Zaintrygowany Parapet, wciąż na czworaka, przyciskał twarz do szyby, próbując wypatrzeć coś w ciemnościach.

– Co za późno?

– Zabili go. Zabili dawcę. Leży tam wypatroszony. – Stuknęła piętą w okienko.

– I co teraz?

– Daj  pomyśleć… – Przyłożyła na chwilę palce do czoła, jakby miała w nich pobudzające elektrody. – Dzwoń po policję, zwiewaj za płot i ukryj się w krzakach. Jak przyjadą, to się ujawnij i im wszystko opowiedz.

– A ty?

– A ja biegnę za skośnym.

Co powiedziawszy, pobiegła wzdłuż ściany na róg budynku i wystawiła ostrożnie głowę. Czekała. A czekając, przypominała sobie to, co na temat zadawania ciosów mówił jej Kielon w klubie bokserskim, gdy okładała bezładnie worek. „Pamiętaj, siła ciosu to nie siła ręki. Skuteczność bierze się z techniki, piącha to tylko pocisk. Chcesz bić mocno? Ok. Zrób jednoczesny skręt stóp, bioder i wypchnij bark. O, tak…”.

Azjata pojawił się po kilkunastu sekundach. Niósł tę samą walizkę z czerwonym napisem. Gdy wyszedł z przeszklonych drzwi krematorium, od razu skierował się w stronę helikoptera. Maszyna ożywiła się, jej łopaty zakręciły młynka, jakby żółto-czarny ptak ze stali chciał pokazać człowiekowi, że go dostrzegł i pozdrawia. Człowiek odwdzięczył się uniesieniem dłoni. Gdy tylko ją opuścił, otrzymał cios.

Kielon byłby z Agnieszki dumny. Podbiegła na ugiętych nogach, oszacowała dystans, wykonała jednoczesny skręt stóp i bioder, wypchnęła  bark. Ręka stała się tylko wektorem, który przeniósł siłę ciosu na pięść, a ta trafiła Azjatę z potworną mocą w ucho. Upadł na granitowy chodnik, wypuszczając z dłoni walizkę. Agnieszka chwyciła ją i zaczęła uciekać w stronę bramy. Schyliła się pod szlabanem, dobiegła do volkswagena, wrzuciła walizkę na siedzenie pasażera i wskoczyła za kierownicę.

Share This