Agnieszka wyprowadziła cios, prawy prosty. Potem lewy. I tak na przemian, coraz szybciej. Raz, drugi, trzeci, dziesiąty… Nabierała impetu,  a każde jej uderzenie było mocniejsze od poprzedniego, choć i tak wszystkie razem nie tak dotkliwe jak jeden cios jej instruktora. Swego czasu Kielon chodził w wadze junior ciężkiej i miał przydomek Młot, wstawiany na plakatach między imię i nazwisko oraz malowniczo przeciągany przez wydzierających się przed walką spikerów, z których  każdy nosił białą koszulę i miał pod szyją muchę.

Lecz gdy Młot zaczął pić, ćpać i zajął się z bandyterką, jego ksywa uległa z czasem degradacji i podmianie. Jednak mimo siedmioletniego  ciągu narkotykowo-alkoholowego, przerwanego dwuletnią odsiadką,  siła ciosu Młota, który w międzyczasie stał się Kielonem, spadła tylko nieznacznie, aby po rocznym odwyku w Monarze wrócić do dawnego poziomu. Tyle że pięściarz nie wrócił już na ring. Dostał robotę instruktora w podrzędnym klubie bokserskim urządzonym po spartańsku w pomieszczeniu po upadłej księgarni – w jednym z przejść podziemnych na Woli. Było dokładnie tak jak w Rocky „jedynce”: obskurne szafki z metalu, liszaje na suficie i wentylacja nie radząca sobie z nadmiarem agresywnego smrodu, lecz przynajmniej nie przyłazili tu szpanerzy z korpo.

Agnieszka uwielbiała i klub, i instruktora, do którego zwracała się przydomkiem z czasów dawnej świetności, co on potrafił docenić, poświęcając jej dużo więcej czasu i uwagi niż innym „laluniom”, jak żartobliwie i otwarcie oraz bez względu na płeć mawiał o tych, którzy na boks zapisywali się „dla zdrowia”, a nie po to, żeby skosztować prawdziwej walki.

– A ty dlaczego tu trafiłaś, laluniu? – zapytał ją kiedyś w saunie, gdzie spiekotą wyganiali z organizmu toksyny i zmęczenie, owinięci dokładnie ręcznikami, bo Kielon zwracał uwagę na to, aby – jak mawiał – nie szczać tam, gdzie się jada.

– Dla konkretu, Młot, dla konkretu – odpowiedziała bez namysłu i zgodnie z prawdą.

Gdyż tak było w istocie. Tęskniła za konkretem, za emocją, za spełnieniem, których do końca nie potrafiły jej zapewnić ani zajęcia na uczelni, ani udzielanie się w organizacji. (…) Tytuł doktora, który dostała za pracę o manipulacjach politycznych, jakich dopuszczają się główne portale informacyjne w Polsce, nie dawał jej nic i nic nie oznaczał poza osobistą satysfakcją, która szybko zwietrzała. Mimo doktoratu, o etacie na uczelni mogła tylko pomarzyć. Stawka za godzinę ćwiczeń seminaryjnych była tak obelżywie niska, że Agnieszka wstydziła się zdradzać ją znajomym, a sami studenci okazywali się tak rozczarowująco miałcy, że zajęcia z nimi nie dawały jej żadnej podniety i satysfakcji.

Nie mniej rozczarowała ją kadra naukowa, napompowana własnym ego, rozhuśtana plotkami,  prawie całkowicie pozbawiona poczucia humoru i nastawiona na konsumpcję euro-grantów, dojonych dzięki projektom, które nie służyły nikomu i niczemu, a już najmniej nauce.

Z kolei robota w Legal Heart, mimo patosu, etosu i transatlantyckiego zadęcia oraz stałej, choć skromnej pensji, ograniczała się głównie do sporządzania statystyk, sprawozdań i wygłaszania emocjonalnych referatów na konferencjach urządzanych z zbożnych celach w różnych miastach Europy. Trzy kwadranse horroru wzmocnionego multimedialną prezentacją, potem catering, zwiedzanie miasta, wieczorny drink lub dwa w mniej lub bardziej nudnym towarzystwie, czasem jakiś zbędny flirt, a o świcie pospólny jogging, który Europie zastąpił poranną modlitwę,  po czym wyjazd na lotnisko. Tak wyglądała jej walka z dilerami ludzkich serc, jelit, nerek, skóry, wątrób, płuc czy rogówki.

 

Share This