I tego właśnie dnia bez wyrazu, który był do niczego niepodobny, oboje – Agnieszka i Dżony – stali pod warszawskim pięciogwiazdkowym hotelem, wznosząc pięści oraz gniewne hasła, z których „Mor-der-ca! Mor-der-ca!” było w użyciu najczęściej. Stanowili jądro kilkunastoosobowej pikiety uzbrojonej w wuwuzele, gwizdki i transparenty. Na kilku nabazgrano hasła: „Ludzina najtańsza w Chinach”, „Mięsny supermarket Azja”, „Nie sprzedawajcie ludzi na części!”. Na innych umieszczono zdjęcie nagiego trupa Azjaty pozszywanego w kilku miejscach niechlujnym grubym ściegiem. Paru demonstrantów popychało w tę i we w tę klatkę, w której bezgłośnie miotała się dziewczyna ubrana w więzienny drelich.

Nieopodal, w zwartym szyku, oskorupiony rynsztunkiem, na który składały się tarcze, hełmy, kamizele ochronne i nagolenniki, stał oddział policji i przebierał nogami w oczekiwaniu na drakę.

Okrzyki, trąbienie i gwizdy demonstrantów ślizgały się po fasadzie hotelu jak wiatr po szkle i nie mogąc wtargnąć do wnętrza budynku, odfruwały od niego niczym zawiedzione ptaki. Dlatego człowiek, przeciwko któremu czyniono ten hałas, nawet go nie słyszał, i mógł w spokoju podejmować swojego gościa w apartamencie na ostatnim piętrze wieżowca.

Dwupokojowy penthouse był jednym z tych pomieszczeń hotelu, do których nie mają wstępu nie tylko zgiełk ulicy oraz najgorsze nawet warunki atmosferyczne, ale i wszelka plugawość tego świata, bo nawet ta największa i najbardziej wyrafinowana natychmiast rozpuszczała się w nieskończoności dobrego smaku i luksusu. Rozległy salon promieniował najwyższym standardem: egzotyczne drewno, jasna skóra, szkło, dzieła sztuki oraz minimalizm sygnowany nazwiskiem wziętego projektanta.

Harmonia i doskonałość, wiadomo, nie kolegują się ze złem, ale na wszelki wypadek – gdyby komuś nie wystarczył smak stylisty –  z ratunkiem miał przyjść smak alkoholi, w jakie wyposażono barek w apartamencie. Rozwielmożniały się tu i nadymały najlepsze, najdroższe, najbardziej wyszukane butelki świata, pewne swej ceny oraz zasady, że przed alkoholem klęknie najtwardsze nawet sumienie. Albo chociaż przygnie kark.

Witold Niemcewicz zakręcił kielichem z kryształu i upijając solidny haust Meukow XO Felin, starał się usilnie nie myśleć, że być może uczestniczy w czymś podłym. Przy czym owo „być może” stanowiło w tym przypadku jego jedyne koło ratunkowe. Był tutaj gościem, na dodatek takim, który idealnie pasuje do otoczenia.

Przed sześćdziesiątką. Siwy, wysoki, dobrze ostrzyżony, czerstwy jak wojskowy suchar i stonowanie wykwintny.  Zakodowany genetycznie na męskość. Ze swą zadbaną, dostojną twarzą mógł być ozdobą każdej uczelnianej rady wydziału, izby przemysłowej lub kolegium sędziowskiego. Na pierwszy rzut oka wyglądał kwitnąco i zdrowo, pod jednym wszakże warunkiem: że nie było to oko lekarza. Na przykład doświadczonego onkologa umiejącego dostrzec te akurat specyficzne cienie pod oczami, które znamionują kres. Albo biegłego kardiologa, potrafiącego odgadnąć wyrok wyłącznie na podstawie bladości lica.

Z kolei gospodarz, który podejmował Niemcewicza, był niski i pękaty jak koniakówka, którą pieścił w dłoni o palcach przypominających parówki dla dzieci. Miał skośne oczy i nosił jedną z tych kosztownych fryzur, które  miliarderzy z Pekinu lub Szanghaju fundują sobie będąc przelotem w Paryżu, a które wyglądają jak karykatury fryzur Elvisa lub Liberace’a. Nosił pseudonim Chirurg, którego nie cierpiał, lecz mimo wpływów, jakimi dysponował w wielu kręgach, nie był w stanie nakazać Internetowi, aby przestał go tak nazywać.

W apartamencie przebywał jeszcze sekretarz Chirurga, po azjatycku wycofany i po azjatycku usłużny. Dobijał trzydziestki, był seksowny jak gej z azjatyckiego porno, miał w sobie drapieżność górskiego rysia i taką samą czujność. Łypał oczyma to na szefa i jego gościa, to na smartfon, po którym zwinnie stepował palcami w poszukiwaniu informacji. Cała trójka siedziała w fotelach z beżowej skóry rozstawionych wokół szklanego stolika.

– Nie chcę, aby poczuł się pan urażony. – Chirurg wskazał brodą na kieliszek w dłoni Niemcewicza. – Ale czy w pańskim stanie zdrowia…?

Mówił płynną, choć kanciastą angielszczyzną, tak charakterystyczną dla Azjatów i Arabów. Niemcewicz odpowiedział mu równie płynnie, lecz z dużo lepszym akcentem.

– Koniak dobrze robi na serce. Poza tym to dopiero trzeci kieliszek. – Uśmiechnął się i mrugnął okiem. – Proszę nie zapominać, że jest pan w Polsce.

(…)

Azjata zrewanżował się uśmiechem i niby chirurg proszący przy stole operacyjnym o kolejne narzędzie, wystawił dłoń, w którą jego asystent włożył natychmiast szykowny notes z długopisem zatkniętym za okładkę. Chirurg wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki stylowe okulary, rozłożył je zamaszystym strzepnięciem dłoni, jakby to była chusteczka,  założył za uszy, otworzył notes i pochylił się nad kartkami.

– Cena obejmuje pobyt w klinice, przygotowanie do zabiegu, sam zabieg, nowy organ, rekonwalescencję. Plus koszty zapewniające anonimowość całego przedsięwzięcia. – Podniósł głowę i posłał Niemcewiczowi uśmiech spryciarza. – Czasem musimy kogoś przekupić. Będzie pan przebywał na terenie naszego kraju całkiem anonimowo. Rozumiem, że przyleci pan swoim samolotem?

Niemcewicz odpowiedział, że nie ma i nigdy nie miał samolotu, czym wywołał lekką konsternację Azjaty.

– Przecież pana stać.

– Ale nie mam.

Chirurg posłał mu ciekawskie spojrzenie znad okularów. Mimo, że przywykł do ekstrawagancji bogaczy jak krupier do napiwków, niektóre ich kaprysy naprawdę go zdumiewały.

– Trzydziesty czwarty na liście najbogatszych Polaków i nie ma samolotu?

– Dopiero trzydziesty czwarty? – Niemcewicz roześmiał się, udając zaskoczenie. – Nawet nie wiedziałem… A niedawno byłem dwudziesty dziewiąty. Wychodzi na to, że zbiedniałem. – Zmienił ton na jeszcze bardziej zabawny. – Co, oczywiście, nie znaczy, że panu nie zapłacę.

(…)

Share This