Dopiero na tylnym siedzeniu radiowozu – za kratą i z opaskami zaciskowymi na przegubach – Agnieszka Wyrwał uświadomiła sobie, jak bardzo wstrząsnąć musiała młodą policjantką z kucykiem scena osobliwego pogrzebu, na który natknęła się o świcie na skraju schludnego klombu w Parku Ujazdowskim. Coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak pochówek chomika, okazało się sprawą dużo bardziej ponurą.

Od dobrego kwadransa funkcjonariuszka nie wypowiedziała ani słowa. Nastroszona i nastraszona, z ustami w ciup, lekko otępiała, przeżuwała incydent na przednim siedzeniu policyjnej skody kombi prowadzonej przez jej partnera z patrolu, który wyglądał jak ubrana w mundur małpa, taki był żwawy i pobudzony. Wyższy od niej o głowę i cięższy o czterdzieści kilogramów, pełnił jednak w tym duecie rolę samca beta. Samcem alfa była ona, o czym świadczyło nie tylko podwójne V na jej pagonach, podczas gdy on miał zaledwie pojedyncze, ale i respekt, jaki w nim budziła. Kiedy złakniony sportowych wieści, pogłośnił pluskające dotąd muzyczną pulpą radio, starsza sierżant potraktowała gałkę potencjometru z taką wściekłością, jakby ukręcała łeb wyjątkowo skrzekliwej papudze. A on udał z pokorą, że nic się nie stało.

W radiowozie nareszcie zrobiło się cicho i Agnieszka spróbowała zebrać myśli, które – jedna w drugą – były czarniejsze niż kot zwiastujący nieszczęście. Co jej strzeliło do głowy, że wybrała akurat park? I to tak reprezentacyjny? Mogła przecież dopełnić ceremonii na moście, powierzając swój kłopot Wiśle, w której by go pewnie zjadły węgorze i raki.  Mogła zakopać ten kłopot w jakimkolwiek odludnym miejscu. Mogła w końcu, machnąwszy ręką na obrządek i przyzwoitość, porzucić go na pierwszym lepszym przystanku i niech się zamartwia znalazca.

Teraz jej kłopot spoczywał na podłodze samochodu, w policyjnej torbie na dowody rzeczowe, którą jadąca z przodu starsza sierżant ściskała stopami niczym cenne świąteczne zakupy, popatrując od czasu do czasu w dół z mieszaniną niedowierzania i lęku, ale też fascynacji. Gdyby Agnieszka umiała czytać w myślach, dowiedziałaby się, że policjantka całkiem na serio rozważa zrobienie telefonem zdjęcia zawartości torby, aby móc się pochwalić na Facebooku, iż oto już w pierwszym miesiącu służby w stolicy trafiła jej się sprawa jak z powieści Remigiusza Mroza. I że w końcu jednak odgania tę pokusę, bo przypomina sobie, jak wiele fatygi zajęło jej ojcu, burmistrzowi dwudziestotysięcznego miasteczka w Kieleckiem, uruchomienie mechanizmów, które przeniosły jego córkę z nudnej komendy powiatu do Pałacu Mostowskich w Warszawie. Szkoda byłoby to zmarnować jednym głupim wpisem.

Policjantka odwróciła się i przez kratę posłała Agnieszce spojrzenie, które z założenia miało być surowe i pełne potępienia. Lecz kontakt wzrokowy zdołała utrzymać zaledwie przez sekundę: miała przed sobą czerwone oczy antychrysta.

Starsza sierżant błędnie jednak zinterpretowała spojrzenie, które ją zgasiło. Oczy zatrzymanej podeszły krwią nie z powodu demoniczności, lecz strachu. To on stał się przyczyną nagłego skoku ciśnienia, czego efektem był wylew podspojówkowy. Strach i uraza do samej siebie. Agnieszka biczowała się w myślach za to, że jak ostatnia idiotka wybrała miejsce, nad którym gdyby tylko przez chwilę się zastanowiła, doszłaby do wniosku, że musi być obstawione kamerami jak ołtarz świecami.

Share This